wtorek, 6 czerwca 2017

Jedzenie ~~~


Przepraszam za dłuższą przerwę, ale miałam pracowity weekend J
Dlatego na dobry początek tygodnia (tak bardzo nienawidzę poniedziałków!) będzie temat lubiany przez wszystkich. Czyli JEDZENIE <3
Nie istnieje nic takiego jak „tradycyjna kuchnia australijska”.  Po prostu nie ma. Kraj ten powstał z przymusowych imigrantów z Wysp Brytyjskich i od początku miał ambicję „być bardziej brytyjskim” niż ojczyzna. Widać to bardzo wyraźnie m.in. w architekturze. A do niedawna (mniej więcej do drugiej wojny światowej) także w kuchni. Na szczęście te smutne czasy przeminęły z wiatrem. A jedzenie w końcu jest jadalne.
Australijczycy jedzą zróżnicowanie. Nie boją się próbować nowych rzeczy i łączyć ich w niezwykłych kombinacjach. Bardzo popularna jest kuchnia azjatycka, która z racji dużej ilości tamtejszych imigrantów jest też bardzo tania i na wysokim poziomie. Na brak amatorów nie narzekają także kuchnia włoska, grecka czy hiszpańska.
Z własnych doświadczeń. W ciągu tego półtora tygodnia zdążyłam spróbować: pieczonej jagnięciny, kurczaka po indyjsku, kotletów z cielęciny, japońskiego udonu z kurczakiem, chińskich pierożków, tostów z awokado, typowo australijskiego grilla, włoskiej zupy z cukinii oraz jajecznicy z mlekiem na boczku. A mówimy tylko o jednym tygodniu w tylko jednej rodzinie.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że uogólniam. A od każdej reguły zdarzają się wyjątki. Jednakże patrząc chociażby po mnogości restauracji a także ilości ich klientów jakoś trudno mi poczuć wyrzuty sumienia z tego powodu.
Z brytyjskiego systemu gastronomicznego w Australii pozostał już tylko… sam system. Tzn. śniadanie-lunch-obiadokolacja. Zamiast naszych typowych trzech posiłków z najobfitszym w środku dnia, Australijczycy główny posiłek jedzą koło 18-19, wcześniej zadowalając się kanapkami czy ciastkami.
Nie jestem pewna tego systemu. Zdecydowanie sprawdza się w dni szkolne czy dni pracy, jednak z drugiej strony objadanie się na wieczór niekoniecznie wychodzi na zdrowie. Mimo modnego dzisiaj zdrowego stylu życia, dużej ilości punktów ze zdrowym jedzeniem czy klubów sportowych, na ulicach Sydney widzę także o wiele więcej osób mocno otyłych.

Tak więc każdy medal ma dwie strony. A ja uciekam na kolację.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz