Przepraszam za dłuższą przerwę, ale miałam pracowity weekend
J
Dlatego na dobry początek tygodnia (tak bardzo nienawidzę
poniedziałków!) będzie temat lubiany przez wszystkich. Czyli JEDZENIE <3
Nie istnieje nic takiego jak „tradycyjna kuchnia
australijska”. Po prostu nie ma. Kraj
ten powstał z przymusowych imigrantów z Wysp Brytyjskich i od początku miał
ambicję „być bardziej brytyjskim” niż ojczyzna. Widać to bardzo wyraźnie m.in.
w architekturze. A do niedawna (mniej więcej do drugiej wojny światowej) także
w kuchni. Na szczęście te smutne czasy przeminęły z wiatrem. A jedzenie w końcu
jest jadalne.
Australijczycy jedzą zróżnicowanie. Nie boją się próbować
nowych rzeczy i łączyć ich w niezwykłych kombinacjach. Bardzo popularna jest
kuchnia azjatycka, która z racji dużej ilości tamtejszych imigrantów jest też
bardzo tania i na wysokim poziomie. Na brak amatorów nie narzekają także
kuchnia włoska, grecka czy hiszpańska.
Z własnych doświadczeń. W ciągu tego półtora tygodnia zdążyłam
spróbować: pieczonej jagnięciny, kurczaka po indyjsku, kotletów z cielęciny,
japońskiego udonu z kurczakiem, chińskich pierożków, tostów z awokado, typowo
australijskiego grilla, włoskiej zupy z cukinii oraz jajecznicy z mlekiem na
boczku. A mówimy tylko o jednym tygodniu w tylko jednej rodzinie.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że uogólniam. A od każdej
reguły zdarzają się wyjątki. Jednakże patrząc chociażby po mnogości restauracji
a także ilości ich klientów jakoś trudno mi poczuć wyrzuty sumienia z tego
powodu.
Z brytyjskiego systemu gastronomicznego w Australii pozostał
już tylko… sam system. Tzn. śniadanie-lunch-obiadokolacja. Zamiast naszych
typowych trzech posiłków z najobfitszym w środku dnia, Australijczycy główny
posiłek jedzą koło 18-19, wcześniej zadowalając się kanapkami czy ciastkami.
Nie jestem pewna tego systemu. Zdecydowanie sprawdza się w
dni szkolne czy dni pracy, jednak z drugiej strony objadanie się na wieczór
niekoniecznie wychodzi na zdrowie. Mimo modnego dzisiaj zdrowego stylu życia,
dużej ilości punktów ze zdrowym jedzeniem czy klubów sportowych, na ulicach
Sydney widzę także o wiele więcej osób mocno otyłych.
Tak więc każdy medal ma dwie strony. A ja uciekam na
kolację.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz