środa, 14 czerwca 2017

Czy tylko dla artysty?

Jeśli miałabym wybrać jedno miejsce w Sydney, które zrobiło na mnie wielkie wrażenie, przez co stało się moim ulubionym, to zdecydowanie byłaby to Art Gallery of New South Wales. 
Nie tylko dlatego, że kocham sztukę. Uważam, że jest to miejsce, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Różne rodzaje dzieł. Z różnych epok. Z różnych stron świata. 
Od sztuki wiktoriańskiej, przez współczesną sztukę australijską, aborygeńską (współczesną i tradycyjną), azjatycką, a na takich klasykach jak Monet czy Picasso kończąc. Obrazy, instalacje, rzeźby i filmy, Można spędzić tam godziny, a ujrzy się tylko mały ułamek tego, co możliwe.


















Szczególną uwagę zwróciłam na sztukę aborygeńską, zarówno współczesną jak i tradycyjną. Jest... magnetyzująca. Nie da się jej dobrze uchwycić na zdjęciu. Złudzenia optyczne? Możliwe. Ważne jest to, że im dłużej patrzysz, tym więcej widzisz. Z każdą chwilą obraz się zmienia, odkrywasz nowe szczegóły. Inaczej wygląda z różnej odległości, inaczej pod różnym kątem. Wciąga. Hipnotyzuje. Mimo prostoty formy, a może właśnie dzięki niej. Szukasz treści... Ale wiesz, że nigdy do końca jej nie zrozumiesz. 


Co do kwestii praktycznej, wstęp do galerii jest bezpłatny, a mieści się ona w ścisłym centrum, tuż obok ogrodów botanicznych. Polecam wybranie się tam w środę, jest to jedyny dzień tygodnia, gdy zwiedzanie możliwe jest do późna.

wtorek, 6 czerwca 2017

Jedzenie ~~~


Przepraszam za dłuższą przerwę, ale miałam pracowity weekend J
Dlatego na dobry początek tygodnia (tak bardzo nienawidzę poniedziałków!) będzie temat lubiany przez wszystkich. Czyli JEDZENIE <3
Nie istnieje nic takiego jak „tradycyjna kuchnia australijska”.  Po prostu nie ma. Kraj ten powstał z przymusowych imigrantów z Wysp Brytyjskich i od początku miał ambicję „być bardziej brytyjskim” niż ojczyzna. Widać to bardzo wyraźnie m.in. w architekturze. A do niedawna (mniej więcej do drugiej wojny światowej) także w kuchni. Na szczęście te smutne czasy przeminęły z wiatrem. A jedzenie w końcu jest jadalne.
Australijczycy jedzą zróżnicowanie. Nie boją się próbować nowych rzeczy i łączyć ich w niezwykłych kombinacjach. Bardzo popularna jest kuchnia azjatycka, która z racji dużej ilości tamtejszych imigrantów jest też bardzo tania i na wysokim poziomie. Na brak amatorów nie narzekają także kuchnia włoska, grecka czy hiszpańska.
Z własnych doświadczeń. W ciągu tego półtora tygodnia zdążyłam spróbować: pieczonej jagnięciny, kurczaka po indyjsku, kotletów z cielęciny, japońskiego udonu z kurczakiem, chińskich pierożków, tostów z awokado, typowo australijskiego grilla, włoskiej zupy z cukinii oraz jajecznicy z mlekiem na boczku. A mówimy tylko o jednym tygodniu w tylko jednej rodzinie.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że uogólniam. A od każdej reguły zdarzają się wyjątki. Jednakże patrząc chociażby po mnogości restauracji a także ilości ich klientów jakoś trudno mi poczuć wyrzuty sumienia z tego powodu.
Z brytyjskiego systemu gastronomicznego w Australii pozostał już tylko… sam system. Tzn. śniadanie-lunch-obiadokolacja. Zamiast naszych typowych trzech posiłków z najobfitszym w środku dnia, Australijczycy główny posiłek jedzą koło 18-19, wcześniej zadowalając się kanapkami czy ciastkami.
Nie jestem pewna tego systemu. Zdecydowanie sprawdza się w dni szkolne czy dni pracy, jednak z drugiej strony objadanie się na wieczór niekoniecznie wychodzi na zdrowie. Mimo modnego dzisiaj zdrowego stylu życia, dużej ilości punktów ze zdrowym jedzeniem czy klubów sportowych, na ulicach Sydney widzę także o wiele więcej osób mocno otyłych.

Tak więc każdy medal ma dwie strony. A ja uciekam na kolację.

piątek, 2 czerwca 2017

Pierwsze kroki na drugiej półkuli

Po przylocie pierwsza moja myśl to... PRYSZNIC. Potem poszłam spać.
Niestety po tak długiej podróży na taką odległość nie da rady uniknąć jet lagu, czyli po naszemu niedostosowania do strefy czasowej. Różnica godzinowa między Sydney a Warszawą wynosi osiem godzin. Przykładowo w chwili, w której to piszę jest u mnie 19:15, a u mojej rodzinki w Gdyni 11:15. Jak to się odnosi do życia codziennego? Dziwne godziny rozmów ze znajomymi z Polski i całkowita nieużyteczność przez mniej więcej dwa dni po przylocie. Nie radzę planować nic ważnego na ten czas. Zasypia się o dziwnych porach (np. 15), budzi o jeszcze dziwniejszych (np 4 rano).
Do listy rzeczy, które wprawiły mnie w szok w pierwszej chwili możemy doliczyć lewostronny ruch. A dokładniej jego następstwa.
Jako dawna kolonia brytyjska Australia ma wiele "cech" zapożyczonych od "statku matki", a ruch odwrotny od normalnego to tylko jedna z nich. Człowiek niby wie, że jest inaczej. Ale nie pomyśli o tym, że skutkuje to także na ruchu na chodniku, schodach, metrze, oglądaniu się na przejściach dla pieszych oraz... miejscu dla kierowcy. Wyobrażcie sobie moją minę, kiedy zaproponowano mi miejsce z przodu... tylko trochę nie z tej strony. Panika to mało powiedziane :P
Kolejna rzecz niby oczywista, a jednak nie. Inna półkula to odwrócone pory roku. W czasie kiedy mój chłopak przekazuje mi informacje o trzydziestoparostopniowych upałach ja mam temperaturę około dziesięciu-dwunastu stopni i zdążyłam się przeziębić (smark). Wczoraj mieliśmy pierwszy dzień zimy. Jest zdecydowanie zimno jak diabli, a przy tym wieje. Od naszego marca/pażdziernika odróżnia go tylko to, że nie leje cały czas.
Australijskie słońce bardzo mocno operuje. Oznacza to w praktyce, że łatwo się spalić, a także jest bardzo duża różnica temperatur między miejscami nasłonecznionymi i tymi w cieniu.
Pogodę w tej chwili określiłabym jako nasz marzec. Niektóre dni bardzo ciepłe, około 17 stopni i więcej, niektóre poniżej dziesięciu. Dodatkowy minus to nieprzystosowanie architektoniczne. Większość domów (zwłaszcza starszych) nie ma centralnego ogrzewania czy podwójnych szyb, przez co są bardzo zimne. Ranki są okropne.
Australijczycy mają także inne gniazdka. Radzę o tym pamiętać przed wyjazdem i nie wybrać się jak ja :) W razie czego przełączkę można kupić w supermarkecie lub... aptece. Która jest tak ogólnie połączeniem apteki, drogerii i sklepu turystycznego. Większość rzeczy kupuję tam.
Obowiązującą walutą są dolary australijskie. Są one o tyleż ciekawe wizualnie, iż zrobione są z plastiku i miejscami są przezroczyste ;) Jeden dolar australiski to około trzech złotych polskich.
Bardzo niemiłą niespodzianką dla obcokrajowca mogą być australijskie ceny. Doprawdy dobijają. Gałka lodów kosztuje pięć dolców. Karta startowa do telefonu - około czterdziestu.
O innych ciekawostkach z cyklu niespodzianki czyli telefonach, jedzeniu i samych Australijczykach napiszę innym razem.
Do zobaczenia!

To może od początku...

Każdy wyjazd, nie ważne czy do sklepu po bułkę, czy na dwa tygodnie na karaibskie plaże, zawsze trzeba zacząć od podróży w miejsce docelowe.
Mój przelot trasą Gdańsk-Kopenhaga-Singapur-Sydney zajął około półtorej doby i wspominam go bardzo dobrze. Nie mieliśmy żadnych niespodzianek, opóźnień, nieprzyjemności. Samoloty Singapore Airlanes były czyste i przestronne. Nie był to może szczyt techniki, jednak udało mi się przeżyć iście morderczy przelot w komfortowych warunkach. Jedzenie było pyszne i w dużej ilości. A stewardessy miały chyba najładniejsze oglądane do tej pory przeze mnie mundurki ;)
O lotnisku w Singapurze mogę powiedzieć same dobre rzeczy. Duży wybór różnych kuchni dla głodujących, rozsądna organizacja podróżnych i dodatkowa atrakcja w postaci motylarni.

Ostatnia rzecz, którą wspomnę a propos przelotu tą trasą. Jest ona dłuższa od innych proponowanych i zawiera więcej przesiadek, jednak z osobistych doświadczeń mogę powiedzieć, że zdecydowanie polecam ją zwłaszcza dla samotnych kobiet. Podczas całej podróży nikt mnie nie zaczepiał i czułam się zupełnie bezpiecznie, czego zdecydowanie nie mogę powiedzieć o mojej zeszłorocznej wizycie na lotnisku w Dubaju. Czasem po prostu lepiej dmuchać na zimne, zwłaszcza kiedy jedziesz prawie samotnie na drugi koniec świata, a Twoja Mama umiera z nerwów ;)

Wykorzystam okazję i udzielę kilku wskazówek dla przyszłych chętnych wizytorów kraju do góry nogami.

1. Wiza. Obywatele polscy aby dostać się na teren Australii potrzebują wizy. Załatwia się ją online przez stronę Ambasady (http://www.border.gov.au/), która jest niestety odrobinę trudna do ogarnięcia. Jest wiele typów wizy w zależności od celu podróży i długości pobytu. Podstawowa wiza turystyczna na trzy miesiące jest bezpłatna, elektroniczna i wystawiana najczęściej około 2-3 dni po zgłoszeniu.

2. Szczepionki. Rekomendowane, ale z tego co mi wiadomo nie są obowiązkowe. M.in. na japońskie zapalenie mózgu i tężec. 

3. Rzeczy zakazane do wwożenia do Australii to długa lista. Poza takimi oczywistościami jak narkotyki znajdują się tam także mięso, rośliny, część jedzenia, części zwierząt, gleba... Na lotnisku należe zgłosić także wwożenie alkoholu w ilości większej niż 2,25 l, wyroby tytoniowe, leki... Przed wylotem do Australii nie powinno się przez kilka tygodni bywać w rzeźni czy gospodarstwach rolnych. Innymi słowy wszystko, co mogłoby spowodować przeniesienie jakichkolwiek chorób. O szczegółach można poczytać tutaj: https://www.worldbaggage.com.au/Content/ContentFiles/AQIS.pdf
A także polecam artykuł tutaj: http://careerbreak.pl/2015/05/17/o-tym-dlaczego-nie-wjedziesz-do-australii-z-kabanosem-i-jablkiem/

Good day!

Witam wszystkich serdecznie na moim blogu, gdzie przez najbliższy miesiąc zamierzam dokumentować moją podróż do Australii. Polskę opuściłam w zeszły czwartek, w Sydney jestem od zeszłego piątku i zostaję tutaj aż do 23 czerwca. Potem czeka mnie dwutygodniowa wycieczka na Outback (dzikie tereny leżące w centrum kontynentu), którą postaram się opisać w miarę możliwości po powrocie do Polski ;)
Tyle z organizacyjnych, przejdźmy do czegoś ciekawszego :)
Może na początek kilka słów o mnie. Mam osiemnaście lat i aktualnie kończę klasę drugą liceum. Interesuję się szeroko pojętą przyrodą, głównie geografią i zoologią, a także sztuką, w niewielkim zakresie muzyką, literaturą. Kocham czytać książki, podróżować i uczyć się nowych rzeczy. Na co dzień mieszkam w jednym z najpiękniejszych (a na pewno najszczęśliwszym :)) z polskich miast: Gdyni.
Jak się tutaj znalazłam? Udało mi się załapać na organizowany od kilku lat w mojej szkole projekt, o którym możecie poczytać tutaj: http://jezuici.edu.pl/index.php/2013-11-28-16-47-37/australia-nauka-w-szkole-st-aloysius-college (Taka mała reklama ;) Pozdrawiam wszystkich znajomych i absolwentów).
Tak więc przez następny miesiąc skosztuję codziennego życia Australijczyków. Ich kultury, sztuki, jedzenia, sposobu życia, mentalności... I to wszystko postaram się Wam przekazać.
Zapraszam do lektury!