Po przylocie pierwsza moja myśl to... PRYSZNIC. Potem poszłam spać.
Niestety po tak długiej podróży na taką odległość nie da rady uniknąć jet lagu, czyli po naszemu niedostosowania do strefy czasowej. Różnica godzinowa między Sydney a Warszawą wynosi osiem godzin. Przykładowo w chwili, w której to piszę jest u mnie 19:15, a u mojej rodzinki w Gdyni 11:15. Jak to się odnosi do życia codziennego? Dziwne godziny rozmów ze znajomymi z Polski i całkowita nieużyteczność przez mniej więcej dwa dni po przylocie. Nie radzę planować nic ważnego na ten czas. Zasypia się o dziwnych porach (np. 15), budzi o jeszcze dziwniejszych (np 4 rano).
Do listy rzeczy, które wprawiły mnie w szok w pierwszej chwili możemy doliczyć lewostronny ruch. A dokładniej jego następstwa.
Jako dawna kolonia brytyjska Australia ma wiele "cech" zapożyczonych od "statku matki", a ruch odwrotny od normalnego to tylko jedna z nich. Człowiek niby wie, że jest inaczej. Ale nie pomyśli o tym, że skutkuje to także na ruchu na chodniku, schodach, metrze, oglądaniu się na przejściach dla pieszych oraz... miejscu dla kierowcy. Wyobrażcie sobie moją minę, kiedy zaproponowano mi miejsce z przodu... tylko trochę nie z tej strony. Panika to mało powiedziane :P
Kolejna rzecz niby oczywista, a jednak nie. Inna półkula to odwrócone pory roku. W czasie kiedy mój chłopak przekazuje mi informacje o trzydziestoparostopniowych upałach ja mam temperaturę około dziesięciu-dwunastu stopni i zdążyłam się przeziębić (smark). Wczoraj mieliśmy pierwszy dzień zimy. Jest zdecydowanie zimno jak diabli, a przy tym wieje. Od naszego marca/pażdziernika odróżnia go tylko to, że nie leje cały czas.
Australijskie słońce bardzo mocno operuje. Oznacza to w praktyce, że łatwo się spalić, a także jest bardzo duża różnica temperatur między miejscami nasłonecznionymi i tymi w cieniu.
Pogodę w tej chwili określiłabym jako nasz marzec. Niektóre dni bardzo ciepłe, około 17 stopni i więcej, niektóre poniżej dziesięciu. Dodatkowy minus to nieprzystosowanie architektoniczne. Większość domów (zwłaszcza starszych) nie ma centralnego ogrzewania czy podwójnych szyb, przez co są bardzo zimne. Ranki są okropne.
Australijczycy mają także inne gniazdka. Radzę o tym pamiętać przed wyjazdem i nie wybrać się jak ja :) W razie czego przełączkę można kupić w supermarkecie lub... aptece. Która jest tak ogólnie połączeniem apteki, drogerii i sklepu turystycznego. Większość rzeczy kupuję tam.
Obowiązującą walutą są dolary australijskie. Są one o tyleż ciekawe wizualnie, iż zrobione są z plastiku i miejscami są przezroczyste ;) Jeden dolar australiski to około trzech złotych polskich.
Bardzo niemiłą niespodzianką dla obcokrajowca mogą być australijskie ceny. Doprawdy dobijają. Gałka lodów kosztuje pięć dolców. Karta startowa do telefonu - około czterdziestu.
O innych ciekawostkach z cyklu niespodzianki czyli telefonach, jedzeniu i samych Australijczykach napiszę innym razem.
Do zobaczenia!